![]() |
www.rowerydwa.prv.pl |
Þ MAPA Þ ZDJĘCIA |
STRONA GŁÓWNA NEWS O NAS KSIĘGA GOŚCI LINKI KONTAKT WYPRAWA ROWEROWA:
DZIEŃ PIERWSZY: "ZACZYNAMY" DATA: 12.07.2004 TRASA: Szczecin - Przejście graniczne w Buku - Hintersee - Albeck - Ueckermunde - Ferdinandshof - Ducherow - Anklam Dziś: 141,7 km. W sumie: 141,7 km. Ruszamy. Wystartowaliśmy ze Szczecina pełni optymizmu, pogody ducha i nadziei, że wyprawa ta osiągnie swój cel. Prognozy pogody straszyły nas burzami i ogólnie nie ciekawa pogodą, jednak na nasze szczęście przewidywania te tym razem nie sprawdziły się (mamy nadzieję, że nie sprawdzą się również przepowiednie na najbliższy tydzień). Przed wyruszeniem w drogę sprawdziliśmy dokładnie stan techniczny naszych rowerów, ale na nasze nieszczęście sprawdziło się prawo Murphy'ego: "jeżeli przewidzisz pięć rzeczy, które mogą się popsuć, popsuje się szósta, której nie przewidziałeś". Mianowicie na piętnastym kilometrze, gdy zbliżaliśmy się do przejścia granicznego w Buku, Radkowi odpadł pedał. Mimo tego, że zabraliśmy całą gamę kluczy do rowerów, okazało się, że nie posiadaliśmy tego, który był nam akurat potrzebny. Wpadliśmy jednak na genialny pomysł - przykleiliśmy pedał mocnym, szybkoschnącym klejem. Ruszyliśmy dalej mając nadzieję, że uda nam się tak dojechać aż do Gdyni. Zobaczymy... Przejechaliśmy granicę. Tuż za nią Karol dostrzegł dorodne czereśnie rosnące przy drodze - takiej okazji się nie przegapia. Po smakowitej przekąsce ruszyliśmy dalej. Dalsza droga nie obfitowała w większe przygody. Przejechaliśmy przez Hintersee, Eggesin i Ueckermünde. Nie mieliśmy dokładnych map tych okolic, jednak na szczęście w każdej niemieckiej miejscowości, którą odwiedziliśmy natknęliśmy się na bardzo dobry plan tych terenów. Naszym dzisiejszym celem była miejscowość Anklam, do której według naszych szacowań było około 100 km. Jednak chwila nieuwagi spowodowała, że zboczyliśmy z wyznaczonej trasy i wbrew naszej woli nadrobiliśmy 20 km. Robiło się coraz później, my powoli zaczęliśmy opadać z sił, a Anklam wciąż było bardzo daleko. Pomimo to nie poddaliśmy się. Wiedzieliśmy, że w Anklam musimy być, przed godz. 20:00, gdyż była to godzina, kiedy zamykano wszystkie sklepy, a nasze zapasy żywności już dawno się skończyły. Udało się. Do sklepu weszliśmy jako ostatni klienci. Kupiliśmy, zjedliśmy, odpoczęliśmy. Ponieważ zapadł już zmrok, nadeszła kolej, aby znaleźć miejsce noclegu. Nie było to łatwe zadanie, aczkolwiek po przejechaniu 5 km trafiliśmy na porośnięte pokrzywami bagna z ładnym widokiem na Anklam - było to wymarzone miejsce na nocleg. Rozbiliśmy namiot i rozpaliliśmy małe ognisko, przy którym teraz siedzimy. Przejechaliśmy dziś 121 km, jesteśmy wykończeni i idziemy spać, gdyż jutro trzeba wcześnie wstać.
DZIEŃ DRUGI: "I ZNOWU POLSKA" DATA: 13.07.2004 TRASA: Anklam - Usedom - Stolpe - Dargen - Zirchow - Korswandt - Ahlbeck - Świnoujście Dziś: 52,2 km. W sumie: 193,9 km. Drugi dzień naszej wyprawy przywitał nas podobną pogodą, jaką mieliśmy wczoraj. Rano udało nam się szybko zebrać, dzięki czemu już przed godz. 10:00 byliśmy na trasie. Tym razem jazda odbywała się bez przeszkód. Szybko przekroczyliśmy most na rzece Padwie i znaleźliśmy się na wyspie Uznam, a po chwili zwiedzaliśmy miasto Uznam. Dopiero na wyspie poznaliśmy uroki niemieckich ścieżek rowerowych, którymi jeździ się szybko i wygodnie. Spotkaliśmy również wiele innych osób, które tak jak my podróżuje rowerami. Tutaj panuje bardzo miły zwyczaj wzajemnego pozdrawiania się rowerzystów, przez co bardzo często słyszeliśmy i odpowiadaliśmy: "Hallo!", lub "Guten Tag". Po drodze zwiedziliśmy także kościół, który zachwycił nas swoją wspaniałą dzwonnicą. Do Polski wjechaliśmy przez przejście graniczne w Ahlbecku. Chcieliśmy dokładnie zwiedzić Świnoujście, więc postanowiliśmy tu przenocować. Nocleg spędziliśmy na byłej wojskowej hali sportowej. Dziś przejechaliśmy 53 km, a dzień uznaliśmy za łatwy i przyjemny. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na krótką przejażdżkę do Niemiec.
DZIEŃ TRZECI: "CHWILA PRZERWY" DATA: 14.07.2004 TRASA: Świnoujście - Rezerwat Paproci - Przeprawa promowa - Karsibór - Karsiborska Kępa - Świnoujście Dziś: 50,8 km. W sumie: 244,7 km. Dziś w Świnoujściu rozpoczyna się "FAMA". Czekając na nią odwiedziliśmy wyspę Karsibór. Byliśmy zarówno w rezerwacie paproci jak i na kępie karsiborskiej, gdzie podziwialiśmy wiele gatunków ptaków. Po przejechaniu 50 km wróciliśmy do Świnoujścia. Już przy promie spotkaliśmy poprzebierane osoby, które zachęcały nas do wzięcia udziału w imprezie studenckiej. Oczywiście nie odmówiliśmy i po chwili świetnie bawiliśmy się w muszli koncertowej, a następnie w miejskim domu kultury. Niestety około północy musieliśmy opuścić imprezę, gdyż jutro czeka nas wiele kilometrów do pokonania.
DZIEŃ CZWARTY: "MORZE, NASZE MORZE" DATA: 15.07.2004 TRASA: Świnoujście - Międzyzdroje - Wisełka - Międzywodzie - Dziwnów - Pobierowo - Trzęsacz - Rewal Dziś: 81 km. W sumie: 325,7 km. Dziś narzuciliśmy sobie ambitny plan dojechania, aż pod Kołobrzeg, ale już od samego początku nic nie szło po naszej myśli. Wybraliśmy się o godz. 11:00, a po przejechaniu 2 km Radkowi przebiła się dętka. Tym oto sposobem straciliśmy 40 min. Po naprawie dętki zwiedziliśmy najwyższą latarnię morską w Polsce, położoną w przemysłowej dzielnicy Świnoujścia, oraz fort Gerharda, gdzie już przy wejściu przywitał nas żandarm w mundurze sprzed 1 wojny światowej. Naszym kolejnym przystankiem były Międzyzdroje, do których dotarliśmy leśną ścieżką rowerową. Po drodze spotkaliśmy jeszcze Marka Sierockiego, który tak jak my podróżował rowerem. Niestety nie zdążyliśmy wziąć autografu. Po krótkim pobycie w Międzyzdrojach ruszyliśmy w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego. Na miejscu spotkaliśmy wiele innych osób, które przy braku słonecznej pogody chciały podziwiać piękno tutejszej przyrody i zwierząt. Podczas zwiedzania zachwyciły nas żubry i orły. Dalej pojechaliśmy zielonym szlakiem, który poprowadził nas do wydrzego głazu i dawnego słowiańskiego grodziska. Stąd dzieli nas już tylko "rzut beretem" od znanej nadmorskiej miejscowości Wisełki oraz latarni morskiej Kikut, którą oczywiście odwiedziliśmy. Niestety nie jest ona udostępniona do zwiedzania, więc musieliśmy zadowolić się obejrzeniem jej z zewnątrz. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Dziwnowa, gdzie zobaczyliśmy zwodzony most oraz różnorodne przycumowane przy nabrzeżu okręty. Nasz dzisiejszy cel zmienił się z Kołobrzegu na Rewal, więc po drodze obejrzeliśmy ścianę kościoła na skarpie w Trzęsaczu. Dalej poruszaliśmy się piękną ścieżką położoną nad brzegiem klifu, docierając w ten sposób do miejsca naszego noclegu. Podsumowując przejechaliśmy dziś 81 km oraz zwiedziliśmy wiele interesujących miejsc. Wieczorem udało nam się jeszcze załapać na koncert zespołu "Sistars".
DZIEŃ PIĄTY: "ŻYCIE NA SZCZYCIE... AMBONY" DATA: 16.07.2004 TRASA: Rewal - Niechorze - Mrzeżyno - Rogowo - Dźwirzyno - Kołobrzeg - Ustronie Morskie - Pleśna Dziś: 73,5 km. W sumie: 399,2 km. Wstaliśmy wyspani i pełni energii. Jednak wyruszyliśmy dopiero po 11. Słońce świeci, zapowiada się upalny dzień. Oglądając mapę, spodziewaliśmy się, że dziś droga będzie łatwa i bez większych problemów powinniśmy dojechać gdzieś w okolice latarni w Gąskach, a może nawet dalej. Czy rzeczywiście było tak kolorowo? Do Niechorza dojechaliśmy szybko i już z daleka mogliśmy podziwiać stojącą tam latarnię morską. Jednak gdy się do niej zbliżyliśmy, okazało się, że stoją przed nią niesamowite tłumy (głównie kolonie). W dodatku nie było gdzie postawić rowerów (aby były one bezpieczne) na czas naszego wejścia na szczyt. Udało nam się mimo wszystko uporać z tymi problemami, po czym jak najszybciej opuściliśmy to miejsce, gdyż mieliśmy dość harmidru i wrzasku, który tam panował. Mamy nadzieję, że w kolejnych latarniach morskich nie spotkamy już tak olbrzymich tłumów. Minęliśmy Niechorze i Pogorzelicę. Z mapy wynikało, że do Mrzeżyna możemy dostać się stąd bardzo szybko, jadąc podrzędną drogą, którą biegnie czerwony szlak. Ku naszemu zaskoczeniu, spotkała nas tu niezbyt miła niespodzianka. Zaraz za Pogorzelicą, gdy wjechaliśmy w piękny sosnowy las, drogę zagrodził nam szlaban, oraz stający obok wartownik. "Teren wojskowy. Wstęp wzbroniony. Tędy nie przejedziecie" - usłyszeliśmy. "A którędy możemy to objechać?" - zapytaliśmy, po czym dostaliśmy jasną i konkretną odpowiedź: "Są dwie możliwości: Wracacie się do drogi krajowej i nadrabiacie jakieś 10 km., lub omijacie ten teren jadąc plażą". Oczywiście wybraliśmy drugą możliwość, gdyż wracać się i nadrabiać to my nie lubimy. Do plaży na szczęście daleko nie było, a jako że zrobiło się już naprawdę ciepło, postanowiliśmy tu chwilę odpocząć i ochłodzić się w morzu (a ochłodzić się dało, bo jak się dowiedzieliśmy, woda miała wówczas 16 0C). Następne 7 kilometrów pokonaliśmy, jadąc po całkiem ładnej i zdatnej do jazdy plaży (piasek był ubity i rowery mimo swojej wagi, tylko nieznacznie się zapadały). Mimo to, gdy w końcu, na najbliższym wyjściu opuściliśmy plażę, byliśmy wykończeni i wyczerpani. Do Mrzeżyna dojechaliśmy brukowaną drogą. Wiedzieliśmy że teraz, aż do Kołobrzegu, będziemy mieli ładną, asfaltową jezdnie, dzięki czemu będziemy mogli nadrobić stracone godziny (a było już po 14, a my przejechaliśmy dopiero 20 kilometrów). Zatem ruszyliśmy, lecz tuż za Rogowem natknęliśmy się na stare, zrujnowane już obiekty wojskowe, które oczywiście musieliśmy zwiedzić. Nie natknęliśmy się tu co prawda na żadne bardziej interesujące rzeczy, mimo że spędziliśmy tu kolejne 40 minut. Ale gdzie nam się śpieszy? Czy mamy dokładnie wyznaczony cel? Piękne w tej wyprawie jest to, że nic nas nie goni - ani czas, ani żadne zobowiązania, lecz, mimo że te zaniedbane już zabudowania nadawały się znakomicie na miejsce noclegu, postanowiliśmy jechać dalej, gdyż wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie przejechać dziś jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Gdy wjeżdżaliśmy do Kołobrzegu, Radek znów poczuł, że pedał w jego rowerze się odkręca. Mieliśmy jednak nadzieję, że może nie jest tak źle i jakoś da się jeszcze jechać. Jednak "nadzieja matką głupich", gdyż śruba nie wytrzymał, odkręciła się i wypadła, a wraz z nią cała korba z pedałem. "I co teraz? Masz jakiś pomysł? Może znajdziemy serwis rowerowy?". Okazało się jednak, że nie był on potrzebny, gdyż Karol dostrzegł, że po drugiej stronie ulicy, znajduje się sklep z częściami samochodowymi. Może tam znajdziemy coś, co pozwoli nam kontynuować jazdę? "Szczęście w nieszczęściu" - w sklepie mieli klucz, który był nam właśnie potrzebny. Dokręciliśmy i jedziemy dalej - na latarnię morską, która choć niezbyt wysoka prezentuje się niezwykle okazale, a z jej galerii roztacza się piękny widok. Dalej ruszyliśmy promenadą, która ciągnie się wzdłuż cudownego parku, a po jego minięciu zamienia się w nowo wybudowaną ścieżkę rowerową, która wywarła na nas niesamowite wrażenie - ośmio-kilometrowa ścieżka biegnie przez las i bagna, przez które zrobione są mostki i nasypy. Dotąd nigdzie w Polsce nie spotkaliśmy się z tak dobrze przygotowaną drogą dla dwukołowców. Szkoda tylko, że była taka krótka... Jeszcze przed Ustroniem Morskim, w okolicy miejscowości Bagicz natknęliśmy się na zniszczone lotnisko wojskowe z bardzo ciekawymi hangarami na samoloty (takich hangarów jest ok. 30). Na szczycie jednego z nich zrobiliśmy sobie postój na posiłek. Jako że robiło się coraz później, ustaliliśmy, że za Ustroniem Morskim w okolicach rzeki Czerwonej, spróbujemy poszukać miejsca na nocleg. Tak też uczyniliśmy. Niestety przy rzece nie trafiliśmy na żadne ciekawe miejsce, gdzie moglibyśmy rozstawić nasz namiot. Pojechaliśmy więc dalej. Od strony morza ciągnął się kolejny teren wojskowy, więc musieliśmy go minąć. Gdy dojechaliśmy do jego granicy, okazało się, że w odległości ok. 150 metrów od drogi stoi ambona (a może to była wieża wartownicza?). Bez wahania ruszyliśmy przez pole w jej kierunku. Oglądając otaczające ją pokrzywy, doszliśmy do wniosku, że ambona nie była przez nikogo już od dawna odwiedzana. Z góry widzieliśmy hektary nieużytków, a na horyzoncie dostrzegaliśmy najbliższą miejscowość - Pleśną. Uznaliśmy, że ambona jest idealnym miejscem na dzisiejszy nocleg (choć jej wymiary to: 1,5x1,5 metra, a "podłoga" była zupełnie nierówna). Rowery zostawiliśmy u podnóża wieży - w pokrzywach, a sami z rzeczami ulokowaliśmy się na jej szczycie. Z dołu nie było nas widać. Podczas zachodu słońca dostrzegliśmy, że wokół ambony, zaczynają schodzić się najróżniejsze zwierzęta: polujący lis, sarna, zając, a nawet przyszedł tu kot. Wszystkie żyły ze sobą w zgodzie. Niestety, gdy zrobiło się ciemniej - straciliśmy je z oczu. Poszliśmy spać i nawet niezbyt wygodne legowisko nam nie przeszkadzało. Obawialiśmy się tylko deszczu, lecz na nasze szczęście - jak przez cały dzisiejszy dzień była ładna pogoda.
DZIEŃ SZÓSTY: "GDZIE TAN SZLAK?" DATA: 17.07.2004 TRASA: Pleśna - Gąski - Sarbinowo - Mielno - Mścice - Koszalin - Góra Chełmska - Kleszcze - Łazy - Darłowo Dziś: 97,5 km. W sumie: 496,7 km. Pomimo mało wygodnych legowisk, oraz tego, że słońce bardzo wcześnie nas dziś zbudziło - wyspaliśmy się. O 8:00 byliśmy już na trasie. Naszym dzisiejszym celem jest Darłowo - mamy tam zagwarantowany nocleg, więc trzeba tam dojechać, lecz jak wynika z naszych obliczeń, nie powinno sprawić nam to kłopotu. Do latarni morskiej w Gąskach, którą otwierają o 9:00, dojechaliśmy o 8:30. Mając chwilę czasu, mogliśmy orzeźwić się w chłodnej, morskiej wodzie. Później zwiedziliśmy jedną z ładniejszych latarni na polskim wybrzeżu. Do Mielna dotarliśmy czerwonym szlakiem. Tu okazało się, że mamy sporo czasu, a Darłowo już bardzo blisko. Zdecydowaliśmy więc, że odjedziemy na parę kilometrów w głąb lądu i zwiedzimy Koszalin. Niestety pomyliliśmy szlaki i dojechaliśmy aż do Unieścia, przez co musieliśmy się wracać i straciliśmy ok. 8 km. Na szczęście stąd prowadziła już bardzo dobra droga rowerowa, ciągnąca się wzdłuż drogi głównej, aż do samego Koszalina. Teraz skierowaliśmy się w stronę domu, w którym mieszka wujek Karola, skąd po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej - na Górę Chełmską, gdzie stoi wieża widokowa, z której roztacza się wspaniały widok na całe miasto. Czas płynął bardzo szybko, więc postanowiliśmy jechać już w kierunku morza. Z naszej mapy z 1997 roku wynikało, że najprościej będzie kierować się na Łazy - prowadził tam z Koszalina niebieski szlak, który bardzo szybko znaleźliśmy. Niestety jeszcze szybciej szlak ten zgubiliśmy, więc dalej jechaliśmy według wskazań mapy. Gdy dojechaliśmy do nasypu kolejowego, gdzie powinno być przejście pod torami, okazało się, że ścieżka nagle się kończy, a przejście jest zasypane. Teraz zorientowaliśmy się, że niebieski szlak musiał w między czasie zmienić swój bieg, lecz nie przejęliśmy się tym i ruszyliśmy przez pole "starym niebieskim szlakiem". Gdy dojechaliśmy do bagien, okazało się, że nie był to dobry pomysł. Droga była strasznie zarośnięta i w dodatku co chwilę musieliśmy forsować błota i kałuże. Już po pierwszych 100 metrach mieliśmy dość tego szlaku, lecz postanowiliśmy się nie poddawać i jechać przed siebie (my nie lubimy się cofać). Po pięciu kilometrach, które w tych warunkach pokonywaliśmy przez godzinę, dojechaliśmy w końcu do rzeki Wkrzanki, skąd do miejscowości Kleszcze prowadziła już ładna droga. Samą rzekę pokonaliśmy przechodząc przez bardzo wąską i kołyszącą się kładkę, lecz jako że byliśmy cali w błocie (rowery również), zastanawialiśmy się nawet, czy nie warto by wpaść "niechcący" do tej całkiem czystej wody. Zrezygnowaliśmy jednak z tego pomysłu i cali brudni dojechaliśmy do miejscowości Łazy. Chcieliśmy ominąć jezioro Bukowo jadąc wąską mierzeją, którą powinien biec szlak (jeż nie niebieski, lecz czerwony). Jednak znów droga się urwała, zostawiając nam tylko dwie możliwości: jechać dalej po wydmach, co był zabronione, lub zejść na plaże i pojechać aż do Dąbkowic wzdłuż brzegu morskiego. Wybraliśmy drugą możliwość, mając nadzieję, że podobnie jak to było wczoraj za Pogorzelicą, tutaj również będzie nadający się do jazdy piasek. Niestety znów nasze przewidywania nie sprawdziły się. Piasek był tak grząski, że rowery zapadały się w nim na tyle, że jazda po nim była niemożliwa. Byliśmy zmuszeni przez najbliższe 7 kilometrów pchać ciężkie rowery po plaży, co wymagało od nas wielkiej siły i zabrało nam 2 godziny. Gdy dotarliśmy w końcu do Dąbkowic byliśmy niesamowicie szczęśliwi, gdyż byliśmy już na skraju wyczerpania fizycznego. Wiedzieliśmy, że stąd to już tylko 14 kilometrów do Darłowa, więc zebraliśmy ostatnie siły i tuż przed 20 udało nam się dotrzeć do miejsca dzisiejszego noclegu - sklepu rowerowego należącego do wujka Karola. Wieczór poświęciliśmy na pobieżne zwiedzenie i zapoznanie się z miastem.
DZIEŃ SIÓDMY: "WYPRZEDZILIŚMY PELETON" DATA: 18.07.2004 TRASA: Darłowo - Darłówko - Jarosławiec - Łęcko - Korlino - Zaleskie - Ustka - Orzechowo Dziś: 61 km. W sumie: 557,7 km. Spaliśmy do 10:00! Po śniadaniu, zwiedziliśmy samochodem wraz z wujkiem Karola Darłowo i Darłówko. Na trasę wyruszyliśmy po 13. Na początku udaliśmy się do latarni morskiej w Darłowie, po zwiedzeniu której ruszyliśmy nadmorską ścieżką dalej. Pogoda była ładna, a ścieżka dobra, choć czasami z powodu nadmiernej ilości piasku musieliśmy zsiadać z rowerów, by je przepychać. W ten sposób dotarliśmy do Jarosławca, w którym znajduje się najstarsza polska latarnia morska. Będąc tam o 14:30 znów mieliśmy chwilę czasu, gdyż latarnia jest zamknięta pomiędzy 13:00 a 15:00. Jeżdżąc po tej nadmorskiej miejscowości, natknęliśmy się na dość mało dla nas zrozumiały znak: "Zakaz wjazdu rowerów", a pod spodem tabliczka: "Nie dotyczy rowerów". Żeby czasem nie złamać przepisów, woleliśmy poprowadzić rowery chodnikiem. Po zwiedzeniu wszystkich interesujących tu miejsc, ruszyliśmy w dalszą drogę, którą jednak uniemożliwił nam znów stojący w poprzek szosy szlaban. Niestety kolejny teren wojskowy sprawił, że nie mogliśmy przejechać bardzo dobrze wyglądającą na mapie drogą ciągnącą się nieopodal morza. Byliśmy zmuszeni nadrobić parę kilometrów, w celu ominięcia niedostępnych terenów. W ten sposób, jadąc częściowo drogą krajową, na której był dość spory ruch, dotarliśmy do Ustki. Wjeżdżając do centrum ruch samochodowy nagle ustał, co było dla nas dość dziwne. W dodatku usłyszeliśmy jak jacyś przechodnie krzyczą: "Patrzcie! Dwójka oderwała się od peletonu!". Dopiero po chwili dowiedzieliśmy się, o co w tym wszystkim chodzi. Okazało się, że w Ustce była meta jakiegoś wyścigu kolarskiego (Nie wiemy niestety jakiego, gdyż gdy zapytaliśmy się przypadkową osobę: "Co to za wyścig?", odpowiedź brzmiała: "Tour de Pologne". Początkowo jej uwierzyliśmy, lecz potem zorientowaliśmy się, że ten wyścig odbywał się zawsze we wrześniu, a nie lipcu...). Zatem akurat, gdy dojechaliśmy do centrum, trafiliśmy na sam finał i mogliśmy przypatrzeć się, jak jeżdżą prawdziwi kolarze. Gdy potem podążaliśmy ulicami Ustki w kierunki tutejszej latarni morskiej, słyszeliśmy różne komentarze typu: "O! Dwóch kolarzy pomyliło drogę". Bardzo nas to rozbawiło. Po zwiedzeniu latarni morskiej, oraz zjedzeniu ciepłego obiadu, ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na dzisiejszy nocleg. W tej okolicy było sporo lasów i dogodnych miejsc na rozbicie namiotu, z dala od osad ludzkich. My jednak wybraliśmy plażę. Zapowiadała się ładna noc, więc spanie pod gołym niebem, na piasku, słysząc rozbijające się o brzeg fale, mogło być naprawdę wspaniałe. Nie rozstawialiśmy zatem namiotu, lecz bojąc się o nasze rzeczy i rowery ustaliliśmy warty. W sumie każdy z nas miał 4,5 godziny spania. Pomimo, że byliśmy bardzo zmęczeni, wartowanie było wspaniałe. Można było podziwiać gwiazdy, a później szalejącą w oddali, na horyzoncie burze. Nie spodziewaliśmy się jednak, że dojdzie ona do nas...
DZIEŃ ÓSMY: "TE ZWAŁY PIASKU, TO WYDMY?" DATA: 19.07.2004 TRASA: Orzechowo - Poddąbie - Dębina - Gąbino - Gardna Wielkie - Wierzchocino - Smołdzino - Czołpino - Ciemino - Izbica - Łeba - Ulinia Dziś: 114,8 km. W sumie: 672,5 km. "Aaa! Pada!!! Rozbijamy namiot! Przykrywamy rzeczy!" - można było usłyszeć o 6:30 na plaży koło miejscowości Orzechowo. Ulewa była dla nas zaskoczeniem, mimo że przez całą noc oglądaliśmy w oddali błyski. W niesamowitym tempie postawiliśmy namiot, oraz nakryliśmy folią rowery. Niestety i tak większość naszych rzeczy zamokła. Schowaliśmy się do namiotu i okazało się, że ulewa po 10 minutach przeszła. Jednak jak teraz wysuszyć wszystkie mokre rzeczy, skoro na niebie tylko chmury, a słońca nie widać? Mówi się trudno. Karol poszedł spać dalej. Dobrze, że przynajmniej woda w morze zrobiła się teraz ciepła i można było sobie popływać. Ruszyliśmy ok. 9 w przemoczonych ubraniach i z nadzieją, że wyjdzie zaraz słońce. Postanowiliśmy nie jechać do Czołpina czerwonym szlakiem wzdłuż morza, gdyż przypuszczaliśmy, że nie jest on w najlepszym stanie. Pojechaliśmy więc objazdem przez Objazde. Po drodze chcieliśmy zajechać na wieżę widokową Rowokół i pomimo że w Gardnie Wielkiej zgubiliśmy drogę i straciliśmy w ten sposób 10 kilometrów jadąc przez Żelazo, do wieży dotarliśmy. Najgorszy okazał się jednak podjazd pod samą wieżę, gdyż ścieżka prowadząca na górę była dość stroma, a nasze rowery ciężkie. Po wyczerpującym wpychaniu rowerów, mogliśmy w końcu podziwiaj wspaniały widok roztaczający się z wieży na cały Słowiński Park Narodowy. Musieliśmy się jednak śpieszyć, gdyż było tu mnóstwo komarów, co sprawiało, że przebywanie w tym miejscu nie należało do przyjemnych. Do Czołpina dojechaliśmy już dobrze oznakowaną drogą, lecz przed samą latarnią morską znów czekała na nas "wspinaczka" pod górę z rowerami. Ze szczytu mogliśmy podziwiać ruchome wydmy, które jednak wyobrażaliśmy sobie inaczej. Jadąc do Łeby, musieliśmy ominąć jezioro Łebsko. Prowadziła tam tylko jedna droga - żółty szlak. Trafiliśmy na niego bez problemu, lecz zaraz za zjazdem z szosy na polną drogę, którą ten szlak biegł, spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy nam zakomunikowali: "Nie jedźcie tą drogą! Cała zabłocona! Zarówno wy, jak i rowery będziecie cali brudni!". Zdarzenie to sprawiło, że zaczęliśmy się zastanawiać nad zmianą trasy, lecz według naszej mapy innej drogi w pobliżu nie było. Choć po wczorajszej przeprawie przez bagna mieliśmy już dość jazdy po błotach, nie mieliśmy innego wyjścia. Ruszyliśmy przed siebie czekając na najgorsze. Po drodze minęliśmy kilka kałuż i parę Anglików, którzy na te kałuże niesamowicie narzekali, lecz my będąc wcześniej ostrzeżeni, wiedzieliśmy, że to nie koniec. Jednak ku naszemu zdziwieniu - to już był koniec kałuż i błot, a my i rowery byliśmy czyści. Dobrze że nie posłuchaliśmy rady napotkanych rowerzystów. Nasza radość nie trwała jednak długo, gdyż znów zgubiliśmy nasz szlak. W ten sposób straciliśmy kolejne 10 kilometrów jadąc okrężną drogą. Do Łaby dotarliśmy po 18, jednak miejscowość ta nie zrobiła na nas większego wrażenia, więc pojechaliśmy dalej szukać już miejsca na nocleg. Chcieliśmy rozbić namiot gdzieś przy jeziorze Serbsko, lecz nie znaleźliśmy do niego dobrego dojścia. Polne drogi w tym rejonie są ciężko przejezdne, gdyż zostały stratowane przez konie, których jest tutaj całkiem sporo. Jadąc wciąż przed siebie, dotarliśmy do Ulinii, skąd postanowiliśmy dojechać do morza, by znów przenocować na plaży. Piaszczystą drogą, na której nasze rowery dość często grzęzły dojechaliśmy w końcu do morza. Plaża w tym miejscu była cudowna - bez kamieni, z dobrym piaskiem i miłym wejściem do wody. Tym razem nauczeni przygodami z poprzedniej nocy - rozbiliśmy namiot. Pobyt w tym miejscu był cudowny - wspaniały zachód słońca, a w odległości 50 metrów od brzegu był zatopiony statek z wystającymi masztami, co dodawało uroku. Tylko jeden mankament psuł nam tą cudowną noc - przeraźliwie silny i zimny wiatr. Nie przeszkadzało to osobie, która spała w namiocie. Gorzej miał tan, kto stał na warcie. Jednak możliwość oglądania wspaniałych gwiazd, rekompensowała tę niedogodność (ostatecznie okazało się, że warty na plaży nie mają sensu, gdyż ani wczoraj, ani dziś przez całą noc nie przechodziła obok nas żadna osoba).
DZIEŃ DZIEWIĄTY: "ŻAR Z NIEBA W ŻARNOWCU" DATA: 20.07.2004 TRASA: Ulinia - Sasino - Słajszewo - Osieki - Wierzchocino - Żarnowiec - Krokowa - Karwia - Jastrzębia Góra Dziś: 58 km. W sumie: 730,5 km. Ależ wspaniały poranek! Ależ cudowny wschód słońca! Radek był tak zachwycony, że zrezygnował z przydziałowego snu i pozostał dłużej na warcie, śpiąc tylko 2 godziny. Ale dla takich chwil jakie się tu przeżyło, aż chce się żyć. Rano przestało wiać, więc mogliśmy dłużej posiedzieć na tej pięknej plaży. Ruszyliśmy o 10. Wiemy, że Hel jest już blisko, lecz dziś mamy zagwarantowany nocleg w Jastrzębiej Górze, więc nie musimy się śpieszyć. Spokojnie więc zwiedziliśmy pobliską latarnię morską w Stilo, która ku naszemu zdziwieniu, była zbudowana z metalowych płyt, a nie jak wszystkie wcześniej spotykane - z cegieł lub kamieni. To był jedyny ciekawy punkt dzisiejszej podróży, lecz niesamowity upał powodował, że jazda szła nam wolno i ociężale. Do Jastrzębiej Góry dotarliśmy o 16:00. Dostaliśmy własny pokój z łazienkę, co było dla nas niesamowitym luksusem, gdyż już od tygodnia nie mogliśmy kąpać się pod prysznicem. Wieczór spędziliśmy zwiedzając tą dzielnicę Władysławowa w której się znajdowaliśmy (wcześniej sądziliśmy, że Jastrzębia Góra jest osobnym miastem). Przejechaliśmy dziś zaledwie niecałe 60 kilometrów po bardzo dobrych drogach, więc dzisiejszy dzień był jednym z najłatwiejszych. Jutro zamierzamy osiągnąć nasz cel - Hel i Gdynię.
DZIEŃ DZIESIĄTY: "AQUA PARK" DATA: 21.07.2004 TRASA: Jastrzębia Góra - Rozewie - Władysławowo - Jastarnia - Hel - Przeprawa statkiem - Gdynia Dziś: 64 km. W sumie: 794,5 km. Dziś przywitała nas zupełnie inna pogoda niż wczoraj. Słońca nie widać, a z nieba pada jak z cebra. Tak złych warunków jeszcze podczas wyprawy nie mieliśmy, zatem bardzo długo zastanawialiśmy się, czy warto jechać. O 12 podjęliśmy ostateczną decyzję. Jedziemy. Do Helu jest ok. 40 kilometrów, a ostatni prom do Gdyni odpływa o 16:30, zatem chcąc zwiedzić wszystkie latarnie morskie, które mamy po drodze, musieliśmy się śpieszyć. Zwiedzając pierwszą z nich - na przylądku Rozewie, mieliśmy na sobie jeszcze szczątkowo suche rzeczy, lecz po przejechaniu Władysławowa i tym samym wkraczając na Półwysep Helski, nie uchroniły nas przed całkowitym zmoczeniem nawet płaszcze foliowe i kurtki. Jadąc 25 km/h po szosie zanurzonej 5-10 cm w wodzie, gdy z góry pada deszcz, spod kół chlapie woda (nie posiadamy przednich błotników), a z boku pędzące samochody powodują wzbijanie się wprost na nas olbrzymich mas wodnych (na początku Półwyspu Helskiego nie ma drogi rowerowej, przez co byliśmy zmuszeni do jazdy po głównej szosie), czuliśmy się jak w Aqua-Parku. Na szczęście między Kuźnicą a Jastarnią jest wybudowana nowa ścieżka rowerowa, którą mogliśmy spokojnie jechać, nie obawiając się o przejeżdżające samochody. Cali mokrzy zobaczyliśmy jeszcze latarnię morska w Jastarni, która niestety nie jest udostępniona do zwiedzania. Zrobiliśmy zdjęcie i ruszyliśmy dalej, gdyż zwiedzanie w deszczu do przyjemności nie należy. Za Juratą deszcz przestał padać, lecz była to dla nas mała pociecha, gdyż już nie tylko na sobie, ale również rzeczy w sakwach były mokre. Do Helu dotarliśmy o 15:30, więc mieliśmy jeszcze czas by wejść na tutejsza latarnię morską i bez pośpiechu znaleźć miejsce, skąd odchodzą promy do Gdyni. Podróż statkiem trwała ponad godzinę. W Trójmieście już nie padało, lecz w wieczornych wiadomościach dowiedzieliśmy się, że około południa centrum Gdańska było całkowicie zalane. Spod przystani mieliśmy jeszcze 10 kilometrów do domu babci Karola, gdzie spędzamy ostatnią noc. Wszystko się suszy. Jutro są trzy pociągi bezpośrednie do Szczecina: o 11, 13 i 16:30. Którym wracać? Zależy jak długo zajmie nam zwiedzanie Trójmiasta.
DZIEŃ JEDENASTY: "TO JUŻ JEST KONIEC" DATA: 22.07.2004 TRASA: Gdynia - Sopot - Gdańsk Dziś: 70,5 km. W sumie: 865 km. Słońca nie ma, lecz na szczęście dziś nie pada. O 10 wyruszyliśmy do centrum Gdyni. Naszym celem w tym mieście jest Bulwar Nadmorski, który szybko osiągnęliśmy. Dalej pojechaliśmy do Sopotu. Nie są to wielkie odległości, a dzięki temu że przez większość trasy ciągnie się przy głównej szosie ścieżka rowerowa, do Mola w Sopocie dotarliśmy dość szybko. Tu jednak spotkała nas niemiła niespodzianka, gdyż okazało się, że na molo nie wpuszczą nas z rowerami, a w dodatku by wejść na latarnię morską, wpierw trzeba kupić bilet na molo, bo tylko od tamtej strony jest do niej wejście. Musieliśmy więc zwiedzać latarnię pojedynczo, gdyż ktoś musiał zostawać i pilnować rowerów. W dodatku pewien miły pan którego poprosiliśmy o zrobienie nam zdjęcia, zrobił je tak, że więcej widać chodnika, niż mola i latarni. Może w Gdańsku będzie lepiej? Gdy dojechaliśmy do latarni morskiej w Nowym Porcie, która według naszych informacji jest już nieczynna i nie można jej zwiedzać, spotkała nas tym razem miła niespodzianka. Okazuje się, że jest to jedyna prywatna latarnia w Polsce i od tego roku (2004) jest udostępniona do zwiedzania. Co prawda cena biletu nas zaskoczyła, gdyż wynosi aż 5 zł za osobę (do wszystkich innych latarń było to 2 zł), lecz bardzo sympatyczna bileterka zaproponowała nam wejście dwóch osób na jeden bilet, dzięki czemu cena ta wyniosła 2,5 zł za osobę, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Warto było, gdyż widok z góry jest fenomenalny. Widać zarówno centrum Gdańska, Westerplatte, jak i zabudowania portowe (w tym place gdzie stoi tysiące nowych samochodów najróżniejszych marek). Latarnia ta została odremontowana, a wchodząc po schodach możemy zapoznać się z historią tej budowli, lub spojrzeć przez okno, z którego oddano pierwsze strzały II Wojny Światowej. Wspinaczkę po schodach umila nam grająca, łagodna muzyka. Jednak nie świeci ona już nocami, gdyż w pobliżu znajduje się nowa, oddana do użytku w 1984 roku latarnia morska, której zwiedzać nie można. Podziwialiśmy więc ją tylko z dołu. O godzinie 12:00 ruszyliśmy w stronę centrum. Radek miał nadzieję, że zdąży na pociąg do Szczecina, który odjeżdża z Gdańska o 13. Niestety jadąc po prostej drodze, strzeliła (a wręcz wybuchła) mu dętka. Od razu przystąpiliśmy to sklejania. Po 30 minutach rower był gotów do dalszej jazdy, lecz wystarczyło przejechać zaledwie 100 metrów, by dętka ta strzeliła ponownie. Nie wiedzieliśmy, co powoduje owe jej psucie się, jednak znów przystąpiliśmy do klejenia. Obejrzeliśmy również dokładnie oponę, czy nie została w którymś miejscy przebita, lub czy nie jest wbity w nią żaden kolec. Nic nie znaleźliśmy, a dętka wciąż przepuszczała powietrze. "Jedź Karol poszukaj jakiegoś sklepu rowerowego i zakup mi nową dętkę". Karol pojechał i wrócił po 30 minut z nową dętką. Założyliśmy ją i ruszyliśmy dalej, mając nadzieję, że to już koniec kłopotów. Niestety. Po kolejnych 150 metrach i ta dętka nie wytrzymała. Radek był już tak zdenerwowany, że postanowił znaleźć serwis rowerowy, w celu wymiany całej opony. Wiedzieliśmy, że zostało nam już mało czasu (a właściwie Radkowi, bo Karol zostaje jeszcze parę dni u babci w Gdyni). W końcu znaleźliśmy serwis, gdzie usterka została szybko naprawiona. Była 16:35. Pociąg z dworca centralnego odjechał 5 minut temu. Oddaliśmy więc zdjęcia do wywołania, gdyż właśnie skończyła się nam klisza i ruszyliśmy do centrum, w celu jego zwiedzenia. Wracając po zdjęcia, dostrzegliśmy, że serwis rowerowy był dokładni naprzeciw dworca kolejowego Gdańsk-Wrzeszcz, przez który przejeżdżają i zatrzymują się pociągi do Szczecina. Gdybyśmy wtedy to spostrzegli, zapewne Radek zdążyłby na ostatni dziś bezpośredni pociąg. Niestety teraz będzie musiał spędzić całą noc w niewygodnym przedziale, jadąc 7 godzin z przesiadką w Poznaniu. Wyglądało to tak, jakby nasza wyprawa nie chciała się zbyt szybko kończyć. Jednak "wszystko co dobre, kiedyś się kończy", tak i tym razem pożegnaliśmy się i każdy z nas pojechał w swoją stronę.
PODSUMOWANIE DATA: 12-22.07.2004 TRASA: Szczecin - Niemcy - Świnoujście - Hel - Gdynia - Gdańsk W sumie: 865 km. Na licznikach: 900 km*. Ze Szczecina wyjechaliśmy 12 lipca docierając do Gdyni 10 dni później. Przejechaliśmy 865 kilometrów, przy czym nasze liczniki wskazywały 900 (czasami jeździliśmy jeszcze wieczorami, gdy dojechaliśmy już na miejsce noclegu). Średnio dziennie pokonywaliśmy 80 kilometrów. Zwiedziliśmy wszystkie polskie latarnie morskie (prócz jednej - w Krynicy Morskiej). Zobaczyliśmy wiele ciekawych, jak i dziwnych miejsc. Przeżyliśmy wiele interesujących przygód. Poznaliśmy sporo miły i przyjaznych ludzi, którzy zawsze gotowi byli nam pomóc. Pogoda nie zawsze dopisywała, droga nie zawsze była prosta, a rowery nie zawsze spisywały się tak jak powinny. I to było chyba najpiękniejsze w naszej podróży. Planując tę wyprawę, zakładaliśmy, że przejedziemy ok. 450-500 km. Nasza trasa okazała się prawie dwa razy dłuższa i gdybyśmy wiedzieli, że będzie to aż 900 kilometrów, nie wiem, czy byśmy się na nią zdecydowali... Ale teraz już wiemy, że naprawdę było warto. Wyprawę tą zapewne będziemy wspominać jeszcze długi czas. Dlatego już dziś planujemy kolejną, którą mielibyśmy zrobić za rok. Tym razem naszym celem mają być Mazury, a może jeszcze dalej... Zapewne okaże się to dopiero za rok.
|
|
Wszelkie prawa zastrzeżone. Autorzy strony: Radosław Durkiewicz i Karol Gradoń |